Od kiedy mam prawo wyborcze, korzystam z niego. Nie opuściłam żadnych wyborów i żadnego referendum. W referendum akcesyjnym stałam kilka godzin w kolejce do Konsulatu RP. Teraz też poszłam, choć z poczuciem absmaku.

Obwodowa komisja referendalna w Warszawie, 10.30. Pusto. Pan z komisji szuka mnie w spisie wyborców przerzucając kartki. Na jednej z kartek widzę jeden podpis. Reszta pusta. Frekwencja dramatycznie niska.

Referendum nikogo nie obeszło, nawet najwięksi orędownicy tematów w nim poruszonych zajęli się kampanią wyborczą od Sejmu.

Czy jednak nie obeszło? Wielu z nas przecież bardzo obchodzi jak zmarnowano 100 milionów złotych. Tyle wynosi  roczny budżet Polskiej Akademii Nauk. 100 000 000 złotych to 2 561 000  wymaganych w szkołach podstawowych par kapci z białą podeszwą, to 400 w pełni wyposażonych mieszkań dla osób wychodzących z bezdomności.

Ale też i pogrzebanie tematu ważnego: jak ma wyglądać system wyborczy, jak partie polityczne mogą korzystać z publicznych pieniędzy, jak spowodować zmianę w zabetonowanej, oderwanej od realiów scenie politycznej. To temat który wróci. I mam nadzieję, że na poważnie do niego wrócimy, nie w powyborczym amoku, ale w debacie publicznej.

Tematów które czekają na taką debatę jest wiele: od świeckiego państwa, poprzez wiek emerytalny, oczekiwania co do systemu służby zdrowia czy polityki społecznej. I niekoniecznie referenda powinny rozstrzygać ? realne funkcjonowanie inicjatyw obywatelskich, publiczne wysłuchania i rzetelne kampanie społeczne poprzedzające kluczowe decyzje powinny być elementem budowania społeczeństwa obywatelskiego. Wtedy wybory będą znów prawdziwym świętem demokracji.

Niska frekwencja to nie jest ani głos sprzeciwu wobec PO czy Kukiza, to nie gest za lub przeciw JOW. To jasny sygnał, że nie można używać referendów do bieżących interesów partyjnych.

 

 

 

 

 

Komentarze

komentarze